4. Niedziela Wielkiego Postu – Łk 15,1-3.11-32

Świat pełen jest porządnych ludzi. Takich, co to żyją spokojnie, spełniając wszystko jak należy i względem Boga, i względem ludzi. Marnotrawni synowie i córki nawracają się, poprawiają i zmieniają – no, w każdym razie powinni. Ci porządni… nie mają z czego się poprawiać. Żyją przecież dobrze. Poświęcają się dla najbliższych, modlą się, spowiadają regularnie. Bóg i ludzie powinni być zadowoleni i … są. Wszystko jest w porządku tak długo, jak długo porządnego człowieka nie dopada iście diabelska wątpliwość :
co ja z tego mam, że tak się staram?…
Następnym etapem jest oczekiwanie na wdzięczność ludzi, dla których staramy się, pracujemy, o których się troszczymy… A że wdzięczność jest generalnie towarem deficytowym na tym pięknym świecie i dość z nią marnie, to zaczynamy się jej mniej lub bardziej domagać… zwykle bezskutecznie. Stąd krok już tylko do najgłębszej frustracji, „doła” i demonstrowania swego chronicznego niezadowolenia, niedocenienienia i poczucia niesprawiedliwości wszem i wobec. Nic to, że żałosne to i śmieszne… Gorzej, że zatruwa całe spełniane dobro i truje wszystko i wszystkich… łącznie z Panem Bogiem, od którego porządny człowiek zaczyna się za tę swoją „porządność”najpierw spodziewać, a potem domagać jakiegoś „koźlęcia”. Bóg znosi te niezbyt porządne „fochy” porządnych ludzi, bo jest Bogiem…
Ale…
Cóż, wielce prawdopodobne jest, że dno piekła wybrukowane jest mozaiką naszych dobrych chęci i roszczeniowej „porządności”…

Ks. Marek Rudziński