Niedziela Świętej Rodziny – Łk 2, 22-40

Niedziela Świętej Rodziny – Łk 2, 22-40
„Rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu ” /Łk 2,27/
Pierwsza „rodzinna” wizyta Świętej Rodziny w świątyni jerozolimskiej, aby wypełnić Boże Prawo, aby z Bogiem rozpocząć rodzinne życie. I potem coroczne rodzinne pielgrzymki, aby Bogu oddać należną cześć, aby na Nim i z Nim budować małżeńskie i rodzinne szczęście. Tyle wiemy z Ewangelii – tylko tyle i aż tyle. Ewangelie nie są bowiem zapisem historii życia Jezusa i Jego rodziny, lecz Dobrą Nowiną, że Bóg nas kocha i zbawia. Ale te dwie informacje o sposobie funkcjonowania Świętej Rodziny są wystarczającym powodem, aby zastanowić się nad funkcjonowaniem naszych katolickich rodzin. Problem w tym, że nawet w normalnych i dobrych, na pierwszy rzut oka, naszych rodzinach, jest zadziwiająca ilość patologii. Brak porozumienia miedzy małżonkami, brak kontaktu z dziećmi, kompletna bezradność wychowawcza połączona z bezrefleksyjną „obroną” za wszelką cenę źle postępującego dziecka, brak reakcji a wręcz akceptacja przez wierzących rodziców złych i wprost grzesznych zachowań dzieci a wszystko to zanurzone w sosie tłumaczeń tak błyskotliwie odkrywczych, jak to, że „takie są teraz czasy”. Nie wiem skąd się to wzięło, ale na pewno jedną z podstawowych przyczyn jest oddzielenie życia rodzinnego od życia z Panem Bogiem rodziny i każdego z jej członków. Tłumaczeniem jest tempo życia, brak czasu, praca. Uznając tę oczywistość trudno jednak nie dostrzec braku wysiłku, aby mimo wszystko, budować wszystko na Panu Bogu. Małżeńskie, odrobinę intensywniejsze „zetknięcie się” z Panem Bogiem po tzw. kursie przedmałżeńskim i ślubie, następuje incydentalnie przy chrzcie dziecka, potem podczas przygotowań do I. Komunii Świętej, potem, znów incydentalnie, przed bierzmowaniem i … tyle. I tu jest problem. Bo jeśli nie wykrzesze się z siebie nieco mobilizacji i nie znajdzie czasu na rodzinną i małżeńską modlitwę, religijną edukację i jako tako regularną rozmowę na tematy religijne – choćby przy niedzielnym rodzinnym obiedzie, to wysychamy, jałowiejemy i budujemy nasze szczęście swoimi siłami, czyli, nie łudźmy się, na piachu. Biegamy jak opętani i niestety czasem mam wrażenie, że naprawdę opętani i nawet nie dostrzegamy jak straszliwie niewiele z tego naszego szaleńczego biegania wynika. No to co? Może po prostu pomyślmy, przeanalizujmy nasze życie, wykorzystajmy ten błogosławiony czas świąt przeżywanych w warunkach, nieco przynajmniej, ograniczonej przez pandemię wścieklizny odwiedzin i… może jeszcze nie jest za późno na odrobinę normalności i …szczęścia.

Ks. Marek Rudziński